Skontaktuj się z nami tel. +48 22 446 83 80

Nasz pierwszy rejs – Chorwacja

Nasz pierwszy rejs w Chorwacji„Jesteście największymi szczęściarzami z jakimi pływałem!” – usłyszeliśmy od naszego Kapitana, jedząc ostatnie już, niestety wspólne śniadanie. Naprawdę mieliśmy ogromne szczęście jeżeli chodzi o rejs. Ale może zacznę od początku.

Przybyliśmy do Zadaru około godz. 13. W marinie mieliśmy się spotkać dopiero o 17, więc przeznaczyliśmy ten czas na zwiedzanie miasta. Ale zanim wyruszyliśmy, trzeba było znaleźć miejsce na parkingu. Nie będę tego przyrównywać do cudu, ale po godzinie szukania, udało się. Rozprostowaliśmy kości i ruszyliśmy w stronę miasta. W Chorwacji byłam już wiele razy, lecz w Zadarze jestem po raz pierwszy. Przespacerowaliśmy się do morskich organów, ale niestety musieliśmy już wracać, bo automat parkingowy nie przepadał za tutejszymi groszami, więc ograniczeni czasowo, wracaliśmy do samochodów.

Pojechaliśmy do mariny w Sukosanie. Było tam pełno jachtów. To wyglądało niesamowicie. Jeden obok drugiego. Marzy się, aby od razu wypłynąć w morze. Ale zanim to nastąpi trzeba załatwić parę spraw. Poznaliśmy naszego kapitana, oazę spokoju – Zygmunta. Po krótkiej rozmowie każdy z nas wiedział, że się dogadamy. Po zapłaceniu kaucji, zaczęliśmy się pakować na pokład. Od razu się ucieszyłam widząc gitarę w rękach kapitana. Zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy, w których oczywiście musiał się znaleźć pierwszoplanowy produkt – alkohol (tylko dla dorosłych). Po przyjściu na jacht zabraliśmy się do nauki. Oczywiście do nauki węzłów i czynności wykonywanych na statku (to był nasz pierwszy rejs). Moim zadaniem było zwijanie i rozwijanie grota, a także zwijanie lewej cumy. Nie chcieliśmy tracić czasu więc zamiast zostawać na noc w marinie, od razu wypłynęliśmy. Pod pokładem rozbrzmiewały dźwięki „Led Zeppelin” – od razu poczułam się jak w domu.

Nasz pierwszy rejs w ChorwacjiBył już wieczór więc zakotwiczyliśmy się w pobliżu mostu Prolaz – Zdrelac. Następnego dnia kierowaliśmy się na wyspę Kakan. Wujek Leszek okazał się dobrym sternikiem, morze było spokojne, pogoda piękna. Zachwycaliśmy się prawie każdym widokiem, a szczególnie wujek Leszek.

Po zainstalowaniu się na bojce obok wyspy, mama i ciocia zaczęły szykować obiad, a cała reszta ruszyła do wody. Mój brat Mikołaj i tata chcieli wypróbować ponton. Po odpaleniu silnika zaczęli oddalać się od jachtu. Wszystko działało, do chwili kiedy silnik zgasł i nie chciał odpalić. Wrócili wiosłując. Po zdjęciu silnika okazało się, że nie ma śruby, wszyscy wpadli w szał szukania, lecz na darmo. Było bardzo głęboko więc nawet gdyby ktoś wypatrzył wirnik, to by się go już nie wyłowiło. Mieliśmy nadzieję, że ta część nie jest droga. Przy okazji poznałam nowe chorwackie słowo – wirnik to propela. Do wieczora nie robiliśmy prawie nic. Wieczorem dałam jedynie krótki koncert na gitarze. Niestety nie umiem zagrać żadnej piosenki żeglarskiej, więc grałam „ Stairway to heaven ” albo „ knocking on heavens door”. Po zimnym piwku cała nasza załoga położyła się spać. Ja niestety musiałam spać z moim bratem.

Kolejnego dnia trzymaliśmy kurs na wyspę Vis. Płynęliśmy około 8 godzin. To była dosyć długa podróż. Autopilot był niestety zepsuty i cały czas ktoś musiał sterować. Nie tylko wujek był dobrym sternikiem, o dziwo – ja również. Więc sterowaliśmy na zmianę. Płynęliśmy na silniku, morze spokojne, brak wszelkiego wiatru. Mama z ciocią opalające się na dziobie. Ja siedząca na krzesełku bosmana, wypatruję delfinów. Kapitan zapewniał nas, że w tym rejonie delfinów raczej nie spotkamy. No cóż, zawsze jest jakaś nadzieja. Po krótkim czasie, tata zauważył coś w wodzie. Nie uwierzycie. Delfiny! Wszyscy skoczyli na dziób statku. Było ich 6, może 8. Niesamowite! Skakały przed dziobem. Odprowadziły nas aż do Visu. Mieliśmy naprawdę wielkie szczęście.

Nasz pierwszy rejs w ChorwacjiPo całym tym namieszaniu zaczęliśmy zbliżać się do wyspy. Zatrzymaliśmy się na bojce w Komiży. Pontonem dotarliśmy na brzeg. Spacerowaliśmy uliczkami starego miasta, zachwycaliśmy się jej urokiem. Ładne, skromne miasteczko. Zygmunt, pokazał nam niesamowitą knajpę. Była na wodzie. Dosłownie. Na wysokim podeście stały stoliki. Było wiele zabytkowych przedmiotów w postaci wyposażenia starych okrętów. Po zrobieniu niezbędnych zakupów, wróciliśmy na jacht.

Następnego dnia kiedy się obudziłam, zauważyłam że na statku, poza moim bratem, nie ma nikogo. Dopiero po chwili zobaczyliśmy jak reszta załogi wypływa pontonem z jakiejś dziury w skale. Okazało się, że dopłynęliśmy na wyspę Bisewo gdzie znajduje się Modra Spilia. Naszym udało się wpłynąć za darmo, my niestety musieliśmy zapłacić 40kn, bo przypłynął „kasjer”. Wpłynęliśmy. Trzeba było odbijać się od ścian, aby nie obedrzeć pontonu. Co jak co, ale większa łódka by już tam nie wpłynęła. Jaskinia nie była długa, ale naprawdę piękna. Drogę oświetlała nam woda o wielu odcieniach błękitu. Na ścianach wisiały stalaktyty. Było naprawdę pięknie. Po zjedzeniu śniadania, mieliśmy zamiar wpłynąć do zatoki Stiniva. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy Zelenej Spilji. Chcieliśmy wpłynąć ale był za duży tłok. Całą drogę sterowałam. Całkiem dobrze mi szło. Zbliżaliśmy się do zatoki. Pierwszy raz sama dobiłam do bojki. Udało się.

Nasz pierwszy rejs w ChorwacjiWidząc zatokę od razu w 6 wskoczyliśmy do pontonu. Kapitan nie płynął z nami. Ponton nie był duży, ale skoro kapitan powiedział, że utrzyma tyle osób, to podjęliśmy próbę. Niestety mieliśmy mały problem. W połowie drogi, woda zaczęła wlewać się do środka. Zaczęliśmy tonąć. Ponton był już prawie cały zanurzony w wodzie, kiedy wujek zaczął śpiewać pieśni jak z Titanica. Nagle ponton się przechylił i prawie wszyscy wpadli do wody. Ja z Mikołajem jakoś się utrzymaliśmy. Wpływaliśmy właśnie do zatoki, więc ludzie na plaży oglądali nas jak w telewizji. My, z uśmiechami na twarzach jakoś dostaliśmy się na brzeg. Mam nadzieję, że nikt nas nie nagrywał, bo prędzej czy później dotarłoby to do internetu. Po wylaniu wody z pontonu, położyliśmy się na brzegu aby wyschnąć. Kąpiel mieliśmy już za sobą, więc został nam tylko powrót na jacht. Na przyszłość będziemy wiedzieć, że do pontonu nie może wejść 6 osób naraz.

Po drodze musieliśmy jeszcze załatwić tankowanie wody na Diabelskich Wyspach. Do bojki dopłynąć jest łatwo, lecz przed dobiciem do portu bałam się, że otrę się o stojący obok katamaran. Lecz udało mi się bez problemu. Kiedy wszystko było już gotowe mogliśmy płynąć dalej.

Kierowaliśmy się na wyspę Hvar. Będę tam po raz trzeci ale miło jest powspominać to piękne miasto. W porcie nie było miejsca i nie mogliśmy znaleźć wolnej bojki, jednak znaleźli się mili ludzie, którzy użyczyli nam miejsca i podzielili się bojką. Przepłynęliśmy na brzeg. Tym razem w pontonie pływaliśmy po 3 osoby. Poszliśmy zwiedzać miasto. Doskonale je pamiętam. Wujek, będąc na Hvarze po raz pierwszy – zachwycał się wszystkim dookoła. Nie dziwię mu się. To miasto jest naprawdę piękne i miło jest tu wrócić. Zatrzymaliśmy się w jednej z restauracji i zamówiliśmy, już dobrze nam znane danie, a mianowicie „czewapczyce”. Są naprawdę przepyszne. Starsi wypili jeszcze dobrą kawę, a ja zamówiłam wielki kubek gorącej czekolady. Mama narzekała, że jest zimno, więc wróciliśmy na pokład. Był wieczór. Whiskey poszło w ruch. Do późna siedzieliśmy na pokładzie. Pod pokładem leciała płyta Joe Bonamassy – to był naprawdę miły wieczór.

Nasz pierwszy rejs w ChorwacjiZ Hvaru wypłynęliśmy dopiero po południu.Kierowaliśmy się na wyspę Kaprije. Zapomnieliśmy sprawdzić pogodę, ale raczej nie zapowiadało się na burzę. Znów płyniemy, tym razem na żaglach. Lekki wiatr. Płyniemy na motylka. Jak to mówił Zygmunt, kiedy wiatr zawieje z innej strony i żagle zaczynają się telepać, to płyniemy na tzw. „żyda”. Najbardziej trzeba uważać, na bom. Można nieźle oberwać. Płynąc, puściłam moją ulubiona płytę Guns N’Roses Appetite for Destruction. Słuchając, czas zleciał bardzo szybko. Trochę bujało ale nawet nie zwróciłam na to uwagi.

Do Kaprije dopłynęliśmy późnym popołudniem. Po raz trzeci dobiłam do bojki. To była wyspa typowo rybacka. Zero turystów. Małe knajpki. Niesamowite miejsce. Cisza i spokój. Ja z Mikołajem i wujkiem znaleźliśmy się na brzegu. Tata wrócił po drugą część załogi. Po chwili wszyscy byli na lądzie. Spacerowaliśmy po mieście. Zaczęłam rzucać się z bratem oliwkami z drzew. Wyglądaliśmy jak dzieci, choć już nie jesteśmy tacy mali. W końcu mam 14 lat, a brat jest 2 lata starszy ode mnie.

Usiedliśmy w jednej z knajp. Rybacy zaczęli śpiewać jakieś tutejsze piosenki. Gdy wujek usłyszał, że śpiewają „O Maryjanno” zaczął śpiewać razem z nimi, tylko że po Polsku. Później cała naszą załogą zaczęliśmy śpiewać „Sokoły”. Raz my śpiewaliśmy po polsku, raz oni po chorwacku. Wujek przysunął się bliżej i gdy zaczęli śpiewać próbował razem z nimi. Nie znając piosenki, zaczął udawać, że gra na banjo, tylko że ustami. To było coś nowego. Po pożegnaniu się z naszymi nowymi „znajomymi” wróciliśmy na nasz jacht. Było już późno więc położyłam się spać.

W nocy była straszna burza. Cały jacht się kołysał. Woda wpadała przez każde nie domknięte okno. Czułam jak krople deszczu kapią mi na twarz, lecz byłam tak zmęczona, że nie zwracałam na to uwagi.

Nasz pierwszy rejs w ChorwacjiRano bujało statkiem. Staliśmy pomiędzy wyspami, więc nie było najgorzej. Mieliśmy płynąć do Telascicy. Powoli wypływaliśmy w morze. Ja sterowałam. Widząc jak duże są fale, przestraszyłam się. Kapitan powiedział, że jest 8 w skali B. Przy tym wietrze fale dochodzą do 4 metrów wysokości. Nie chciałam sterować, ponieważ to na mojej głowie jest cała załoga, ale równocześnie nie chciałam oddać steru, bo to niesamowita przygoda. Fale były naprawdę ogromne. Przechyły powyżej 45′. Niekiedy cała burta znajdowała się w wodzie. Tego nie da się opisać. Niekiedy fale tak znosiły, że obracały cały statek. Ręce bolały mnie od kręcenia sterem. Płynęliśmy w kierunku Kornat. Przez ponad 2 godziny prowadziłam jacht po pełnym morzu. Woda chlapała z każdej strony. Byłam cała mokra. Wszyscy zaczęli mnie chwalić i dopingować. Muszę powiedzieć, że szło mi naprawdę dobrze. Nieraz w trakcie przechyłu trudno było mi utrzymać równowagę. Wszyscy byli bardzo zestresowani. Jednak gdy tylko spojrzałam na siedzącego obok kapitana od razu się uspokoiłam. Kapitan jak zawsze – pełen luz, uśmiechnięty, spokojny.

Wpływając pomiędzy Kornaty wiatr się uspokoił. Byłam już zmęczona, więc ciężko odrywając ręce od steru, oddałam go wujkowi. Położyłam się i zasnęłam. Gdy wstałam wszyscy mi gratulowali i dziękowali, że jeszcze żyją. Poczułam się trochę jak pilot samolotu po udanym locie. Kornaty to naprawdę ładne wyspy. Miło jest zobaczyć to, gdzie można dopłynąć tylko łodzią. Zbliżaliśmy się do klifów Telascicy. Były ogromne. Najwyższy klif ma około 70 metrów. Morze uspokoiło się całkowicie. Zatrzymaliśmy się na bojce od strony zatoki. Dopłynęliśmy pontonem do brzegu. Kierowaliśmy się na klify. Widoki – jak z bajki. Niesamowite. Ogromne przepaście. Po jednej stronie drzewa i lasy, a po drugiej otwarte morze. Mama wpadała w szał gdy ktoś stanął za blisko przepaści.

Wieczorem zatrzymaliśmy się jeszcze w małej knajpie. Wypiliśmy gorącą herbatę i rozmawialiśmy. Nudziliśmy się. Nagle nasz kapitan wbił plastikową łyżeczkę do stolika i wystrzelił suchą już torebką od herbaty w mojego wujka. Zapoczątkował wojnę. Po chwili wszyscy strzelaliśmy w siebie papierkami i innymi przedmiotami będącymi na stoliku. Miny przechodniów były nie do opisania. Jednak moja rodzina lubi wygłupy a w szczególności wujek Leszek. Jest mistrzem w wygłupach i opowiadaniu bajek. Tak minął nam wieczór w Telascicy.

Następnego dnia poszliśmy nad słone jezioro Mir. Podobno gdy ktoś się w nim wykąpie, będzie zdrowy do końca życia. Mieliśmy nadzieję. Woda była zimna. Mikołaj i ciocia nie odważyli się wejść do wody.

Nasz pierwszy rejs w ChorwacjiPo powrocie na jacht zjedliśmy obiad i odpłynęliśmy w stronę Sukosanu. Nie było wiatru więc płynęliśmy na silniku. Na nocleg zatrzymaliśmy się w zatoce Solina, na wyspie Pasman. Wykąpaliśmy się jeszcze w morzu. Woda była zimna, ale trzeba wykorzystać te ostatnie dni. Wieczorem poszliśmy do restauracji, nazwanej przez polaków „U Dziadka”. Na początek dostaliśmy przystawki. Później zaś danie główne, czyli rybę. Była pyszna. Oprócz tego jeszcze ziemniaki i sałatki. Nie mogło się również obejść bez rakiji. Prezentem były jeszcze palacinki – naleśniki z czekolada. Pycha! Po tej kolacji wszystkim przybyło ze 2 kg ale co tam, warto było. W restauracji siedzieliśmy do późna, popijając wino.

Późnym wieczorem wróciliśmy na jacht. Byliśmy smutni bo wiedzieliśmy, że już jutro nasza podróż się kończy. Następnego ranka gdy się obudziłam zauważyłam Mikołaja za sterem. Zdziwiłam się bo była 7, a on nigdy nie wstaje tak wcześnie. Szkoda, bo bardzo chciałam sterować ten ostatni raz. Płynęliśmy już do Mariny. Znów widząc most Prolac Zdrelaz zrobiło mi się smutno, bo wiedziałam, że nasza przygoda się kończy. Wpływaliśmy powoli do mariny. Mikołajowi udało się wpłynąć do portu z drobną pomocą kapitana. Zaczęliśmy wynosić z jachtu nasze spakowane wcześniej walizki. Oddali nam kaucję. Na szczęście okazało się, że często zdarza się zgubienie wirnika, więc nie było problemu. Po załatwieniu jeszcze kilku spraw, wsiedliśmy do auta i wyjechaliśmy z mariny.

Gdy jesteśmy na lądzie brakuje nam tego bujania. Każdy czuje jeszcze lekkie kołysanie. Zaparkowaliśmy auta i głodni dorwaliśmy pierwszą, lepszą otwartą restaurację. Zamówiliśmy omlety. Po zjedzeniu śniadania, trzeba było się pożegnać z Kapitanem. bardzo go polubiliśmy. Naprawdę ciężko było się rozstać. Jeszcze chwile rozmawialiśmy i pożegnaliśmy Zygmunta „falą”, jak na meczach. Cieszyliśmy się, że mieliśmy okazję poznać Zygmunta. Już wiemy z kim chcemy płynąć na następny rejs. Nie tylko z kapitanem musieliśmy się pożegnać, lecz także z ciocią i wujkiem. Było nam żal, że musimy się rozstać. Oni zamierzali zostać jeszcze w Sukoszanie, my zaś kierowaliśmy się do domu. Po dość długim pożegnaniu, każdy odjechał w swoją stronę.

Po tej niesamowitej przygodzie pozostał tylko w uszach szum fal i uczucie lekkiego kołysania łodzi na wodach Adriatyku.

Autorka relacji: Ewelina Noszczyk

 

 

 

Posty w kategorii

Moja Chorwacja rejs 2010 i 2012

Moja Chorwacja czyli Rejs 2010 i 2012 (cz. 1)

 O Chorwacji i rejsach po Adriatyku napisano już tak wiele, ale mimo wszystko chciałabym... więcej »

zobacz więcej
Moja Chorwacja rejs 2010 i 2012

Moja Chorwacja czyli Rejs 2010 i 2012 (cz.2)

Trogir – Vis – Bisevo – Hvar – Korcula – Brać – Trogir Tym... więcej »

zobacz więcej
Pogoria

II rejs ZUT kwiecień 2016 – rejs na żaglowcu STS Pogoria

Co znajdziesz w tym artykule:  15.04 piątek- wyjazd16.04 sobota17.04 niedziela18.04 poniedziałek19.04 wtorek20.04 środa21.04 czwartek22.04... więcej »

zobacz więcej

Punt

Stryjeńskich 15A lok 5 (1 piętro)

02-791 Warszawa

tel. +48 22 446 83 80

fax +48 22 894 00 42

 

info(@)punt.pl

MENU
Mamy dla Ciebie prezent!

Zapisz się do naszego NEWSLETTERA
i odbierz darmową kolekcję
przewodników dla żeglarzy.