Skontaktuj się z nami tel. +48 22 446 83 80

Karaiby a sprawa śmieci…

KaraibyArtykuły o pływaniu po Karaibach albo je wychwalają (i słusznie), albo opowiadają bajki o drożyźnie i nachalności miejscowych mieszkańców. Chcielibyśmy podzielić się naszymi doświadczeniami, zachęcić niezdecydowanych, ułatwić wybór tym, którzy wahają się pomiędzy wynajęciem skippera, a pływaniem samodzielnym.

Zaplanowaliśmy rejs na styczeń, bo w innym czasie huragany – tak przynajmniej prawią uczone księgi. A zatem płyniemy w dwie załogi: dorośli (średnia 50 lat 8 sztuk) i młodzież (średnia 25 również 8 sztuk). Większość uczestników pływała już ze mną po morzach, a nawet po jeziorach, dobrze się znamy, co jest gwarancją udanego rejsu. Usiłujemy porządnie się przygotować. Piszę nawet do redakcji „Żagli” list z prośbą o wskazanie, którą locję żeglarską Karaibów w rejonie na południe od Martyniki należy kupić. Uzyskuję niepewną i ogólnikową odpowiedź, ale na szczęście młodzieżowa załoga zdobywa w domu wysyłkowym Sail Ho! za 190 zł locję dla żeglarzy „Grenada to the Virgin Islands” autorstwa Jacquesa Patuelli. Jak się na miejscu okaże, jest ona na stanie każdego jachtu jako oficjalny podręcznik. Planując rejs na pewno warto ją kupić.  Dużo wcześniej rozpisuję też podział na wachty i co kto ma robić (załącznik).

05.01 wtorek

Łatwy przelot z Warszawy przez Paryż do Fort de France na Martynice i wieczorem docieramy do Le Marin busikami załatwionymi przez firmę czarterową. W marinie wszystko zamknięte, ale na jachtach wita nas miły napis „witamy Mr Punt”.

Ponieważ mamy 2 najmniejsze katamarany Kiriakoulosa, no to mamy za swoje… Ale po kolei.

06.01 środa

Po przetrwaniu nocy i poranka bez dostępu do sanitariatów następuje przekazanie jachtów. I tu miła niespodzianka. Jednym z bosmanów jest młody Polak, Paweł, który przypłynął 2 lata temu i zbiera fundusze na dalszy rejs, a drugim bosmanem jest Czech w analogicznej sytuacji. Szybko i sprawnie odbieramy oba jachty kiwając głowami nad ich dość ciężkim stanem ogólnym i niemal całkowitym brakiem przyrządów nawigacyjnych (nie ma nawet zwykłych trójkątów, nie mówiąc o ploterze). Stwierdzamy szybko, że nie ma na to rady, a więc w drogę. Przy pochmurnej pogodzie i słabej widoczności przeskakujemy na Santa Lucię płynąc nie „na wyspę” tylko według kompasu o nieprawdopodobnej wręcz dewiacji przekraczającej 30 stopni…  Kotwiczymy w  Rodney Bay. Teraz już wiemy, że woda była brudna, jednak tego dnia kąpiemy się o zachodzie słońca, bardzo szczęśliwi.

07.01 czwartek

KaraibyRano przepływamy do przecudnej  „zatoki pod Pytonami” czyli Petit Piton i Grand Piton. III oficer zgodnie z rozkładem zajęć łowi po drodze makrelę. Już daleko w morzu przypływa do nas Joy oferując usługi przewodnika. Z radością się zgadzamy, bo oszczędza to mnóstwo czasu i zachodu. Należy do miejscowych zwyczajów przyjmować pierwszego przewodnika, który podpłynie i wtedy można grzecznie odprawić następnych. Joy pilotuje nas do boi i podaje kanał UKF, na którym można go złapać, gdybyśmy czegoś potrzebowali. Oferuje wycieczkę do wulkanu, wycieczkę do ogrodu botanicznego, wycieczkę przez las deszczowy i langusty z grilla na plaży. W przezroczystej wodzie podgryzają nas z lekka maleńkie meduzy, a więc wycieczka na ląd. Decydujemy się na 3 pierwsze oferty, ale teraz wiemy, że tylko wycieczka do lasu deszczowego to było to! 4 godziny wspaniałego marszu po trudnym, górzystym terenie i przepięknej przyrodzie. Nasi dwaj sympatyczni przewodnicy maszerują z nami na bosaka popalając jointy i opowiadając jak to ich tatusiowie Rastamani dawniej hodowali „marychę” na szczytach gór, bo tam nie docierała policja. Nie opowiadają, gdzie ją hodują obecnie. Po drodze znajdują w dżungli dziko rosnące grapefruity. Jeden z przewodników wdrapuje się na drzewo i zrywa je obdarowując całą wycieczkę. Smakują niesamowicie: soczyste i prawie słodkie. Napełniamy cały plecak.

Z gór schodzimy już po ciemku i przewodnicy prowadzą nas do wodospadów i sadzawek napełnianych strumieniem ciepłej wody siarkowej prosto z wulkanu, gdzie brali już kąpiele żołnierze Napoleona. Droga do nich oświetlana jest przez ogromne świetliki (prawie takie, jak w filmach Disney’a), cudownie śpiewają nocne ptaki. Spływa z nas wraz z siarką całe zmęczenie. To była jedna z najwspanialszych przygód na tym rejsie. Joy odwozi nas na jachty już w nocy. Woda przy burtach i w kilwaterze w morskiej pianie kipi świecącym planktonem. Większość z nas widzi to zjawisko po raz pierwszy. Prawdziwe tropiki! Tak zwana bajka wyśniona. Makrela na kolację smakuje fantastycznie, bez żadnych przypraw. Pod jachtem kłębią się stada dorad. Jedną łapie Maciek; zostaje poświęcona na przynętę. Odkrywamy felery jachtu – głównie słabe akumulatory.

08.01 piątek

Rano przypływa do nas bardzo grzeczny, bardzo czarnoskóry policjant i pobiera opłatę za boję. Oferuje się też zabrać śmieci, których chętnie się pozbywamy.

Następnego dnia przepływamy groźny kanał ze skotłowaną wodą pomiędzy St. Lucia a St. Vincent. Łapie nas burza z deszczem, słaba widoczność, zwijamy foka. Obok miota się wielki katamaran zmieniając kursy, borykając się z zarefowaniem żagli. Kręci się dookoła nas, a ponieważ jest szybszy, co chwilę musimy schodzić mu z celownika. Szczęśliwie dopływamy do wyspy bez strat w ludziach i sprzęcie. Po drodze Maciek łowi barrakudę. Stajemy na kotwicowisku w Cumberland Bay z cumą rufową na ląd. Zatoka brudna i płytka, Maćka pogryzły meduzy. Nurkowanie na obrzeżach zatoki dość ciekawe. Miejscowy rybak podpływa na łódce wiosłowej i za 2 dolary ofiarowuje się zabrać śmieci. Wręczamy mu 2 worki i 2 dolary. Rybak spokojnie wypływa na środek zatoki i wywala wory do wody! Przechodzi nam ochota na kąpiel, tym bardziej, że wszystkie jachty mają toalety typu morskiego.  Spacer, a potem mojito w przybrzeżnym barze. Szaleńcze tańce reggae Ani z miejscowymi tancerzami. Zjadamy barrakudę złowioną przez Maćka. Boska.Karaiby

09.01 sobota

Rano stwierdzamy, że nie zapala lewy silnik. Telefon do armatora i płyniemy do Port Elisabeth na wyspie Bequia gdzie ponoć jest  szansa naprawy.

Przed południem rzucamy kotwicę w Port Elisabeth. Dużo jachtów. Po telefonicznych konsultacjach z firmą czarterującą  przypływa do nas facet imieniem Robin – naprawić nam silnik. To specjalny typ: ma chyba ponad 70 lat, jest chudy, wręcz zasuszony i dość tajemniczy. Okazuje się, że w lewym pływaku, pod koją III oficera, jest pełno wody. Nie pracuje pompa chłodzenia, a raczej pracuje pompując wodę do kadłuba. Dobrze, że mamy dwa… To cud, że nie było dużo większych kłopotów z tym związanych (zatopienie pływaka). Wybieramy wodę wiadrami i wypompowujemy ręczną pompą zęzową. Naprawa wlecze się przerywana wyprawami Robina na lunch, na piwo. Ostatecznie Robin oświadcza, że naprawę dokończy w poniedziałek. Klapa – weekend na Bequii. Walą się nasze plany popłynięcia na wyspę Tobago (nie mylić z Tobago Cays). Próbujemy zatankować wodę w miejscowym jachtklubie, gdzie jest keja na 4 jachty i nie wolno nocować. Nie udaje się zatankować, bo czarnoskóry gentleman opiekujący się kranem oddalił się w nieznanym kierunku. Udaje się wyrzucić śmieci. W międzyczasie przychodzą dwaj Polacy i od słowa do słowa okazuje się, że na karaibskiej wysepce mamy znajomych. Są to muzycy ze statku wycieczkowego, który zakotwiczył na redzie, a oni na widok naszej bandery przyszli pogadać. Okazuje się, że to znajomi naszego Maćka z chóru. Wszyscy wiedzą, że świat jest mały a Polacy są wszędzie, ale żeby od razu znajomi i to z Wrocławia na karaibskiej wysepce, to świat się kończy.

10.01 niedziela

Przecumowujemy się na boję do Friendship Bay, po drugiej stronie wyspy. Nurkowanie na rafie – niestety są meduzy. Patrycja z załogi „dzieci” pogryziona przez meduzy albo coś innego (fala rzuciła ją na rafę). Ma czerwoną pręgę na nodze, źle się czuje. Andrzej ma wszystko co trzeba w naszej okrętowej apteczce. Po pewnym czasie jest nieco lepiej. Osłodą są pierwsze wielkie muszle, które znajdujemy w wodzie i na brzegu, wyrzucone przez morze. Na drugie nurkowanie wybieramy się na bezludną wysepkę Petit Nevis – to wyspa wielorybników. Chyba najcudowniejsze miejsce dotąd widziane. Od strony zawietrznej – krystaliczna woda, piękne kolorowe ryby, muszle. Od strony atlantyckiej po prostu bajka: palmy kokosowe, biały piasek na dzikiej, pustej plaży, fale przyboju i od razu rafa – wejście do wody dość niebezpieczne. Nasi łowcy zdobywają 3 mureny. Na kolację zapraszamy „dzieci”, pałaszujemy ryby i dajemy koncert szant. Niestety kończy nam się ostatecznie słodka woda. Na pocieszenie zajadamy się dodatkowo świeżymi kokosami prosto z palmy.

11.01 poniedziałek

KaraibyRano przepływamy do Port Elisabeth. W oczekiwaniu na Robina robimy zakupy na miejscowym targu. Poznajmy miejscowe, nieznane owoce i warzywa oraz nowe smaki znanych (np. dojrzałego Avocado). Chleb tutejszy okropny – słodkawy w smaku i jak się potem okazuje błyskawicznie pleśnieje. Nie warto kupować na zapas. Załatwiamy formalności w urzędzie celnym związane wpłynięciem na Grenadyny. Robin przybywa i w kilku etapach naprawia wreszcie silnik. Siłą rzeczy nawiązaliśmy bliższy kontakt i poznaliśmy historię Robina. Okazało się, że przypłynął na Antyle 7 lat wcześniej ze Szkocji i już tu osiadł. Najpierw wynajmował się ze swoim jachtem jako skipper, a ostatnio kupił duży zardzewiały kuter, zamieszkał na nim na stałe wraz z żoną i naprawia silniki jak Karaiby długie i szerokie. Twierdzi, że przez te 7 lat nie widział ani jednego huraganu. Jego zdaniem wszystkie skręcają powyżej Martyniki na Haiti (im się zawsze oberwie) w stronę Florydy. Robin namawia aby przyjeżdżać w te strony w sezonie huraganów, bo 2 x taniej i pusto. W razie czego huragan zapowiadają co najmniej 4 dni wcześniej i wtedy trzeba płynąć na południe w stronę Trynidadu i Wenezueli – 2 dni płynięcia. A tam o huraganach nikt nie słyszał, bo zawsze zakręcają na północ. Kto chce niechaj wierzy, kto nie chce niech nie wierzy Robinowi.

Huragany huraganami, a wody dalej nie ma – z wielką biedą załatwiamy tankowanie „po godzinach”. Rozmowy w załodze, o potrzebie jej racjonowania, ze względu na trudności w dostępie i cenę. Negocjacje nie są łatwe, z grubsza część męska załogi gotowa jest do bardziej radykalnych ograniczeń, część żeńska się nie zgadza. Spór przecina kapitan: kąpiel raz dziennie, mycie naczyń w zaburtówce czerpanej wiaderkiem. Wszyscy się z ulgą podporządkowują. Marzą o jachcie z odsalarką i czekają na codzienny deszcz ze słodkiej wody. Swoją drogą kran z zaburtówką jest na każdym bałtyckim jachcie i nawet na łódkach mazurskich. A tu nic. Za to czerpanie wiadrem przy 10- ciu węzłach jest ciekawym doświadczeniem siłowo-gimnastycznym.

Nie wypłyniemy już dalej. Śpimy na boi w Admiral’s Bay w Port Elisabeth.

12.01 wtorek

Wyruszamy bardzo wcześnie – wszak mamy co najmniej dwa dni do nadrobienia.  Chcemy dojść do krańca naszego szlaku, a potem już tylko wracać. Płyniemy do Cariacou i planujemy przystanek na bezludnej Sandy Island. Niestety pochmurno i wysepkę ledwie widać. Ale jest przecudna. Większość z nas pierwszy raz widzi pelikany na wolności. Niezwykły to widok, gdy pelikan lotem nurkowym wbija się w wodę tuż przy plaży – za każdym razem mamy wrażenie, że już tak zostanie, wbity dziobem w piasek. Nareszcie prawdziwa rafa, kolorowe rybki, langusty. Pławimy się w krystalicznej wodzie małej zatoki z milionami małych rybek, pelikanami, wśród mangrowców…  Kolejne bajkowe miejsce. Na noc przenosimy się na boję do Tyrell Bay. Wyprawiamy się na ląd, jemy pierwszego homara i tutejsze małże w tych pięknych, dużych muszlach. Pijemy miejscowe drinki. Fajny wieczór.

13.01 środaKaraiby

Dostajemy codzienny serwis telefoniczny z Polski o trzęsieniu ziemi na Haiti. To tylko 1000 km od nas, ale tutaj nic się nie dzieje.

Opływamy Cariacou i lądujemy na Saline Island. Olbrzymia, trudno dostępna rafa. Stare, połamane, wielkie korale, ale też mnóstwo dużych ryb. Asia widzi pierwszego żółwia, na dnie leżą śpiące rekiny. W sumie bardzo ciekawe i trochę trudne nurkowanie: duża fala, prąd, silny wiatr. Tylko trzy osoby decydują się płynąć pontonem na pobliską małą bezludną wysepkę z palmami kokosowymi. Ale warto, bo pięknie. Nocujemy na Petit St. Vincent przed luksusowym amerykańskim resortem. Duże rozczarowanie. Rafa stara, silny prąd, mętna woda. Nie pozwalają nam przejść brzegiem plaży czarni ochroniarze – a niech ich dunder świśnie. Tu na pewno nie wrócimy.

14.01 czwartek

Wreszcie Tobago Cays. Dużo jachtów, ale nic dziwnego. Cudowna woda, rafa, masa pławiących się żółwi, a nawet rekiny rafowe i pokaźnych rozmiarów raje – wszystkie pływają wokół jachtu i pod nim, a cała ekipa co rusz wskakuje do wody, żeby za nimi gonić. Żółwie pasą się na dnie jak stado krów, co jakiś czas wynurzając sam pyszczek dla zaczerpnięcia powietrza. Pozwalają do siebie podpływać na wyciągnięcie ręki. Na wysepkach wielkie iguany. Niezmordowanie nurkujemy i podziwiamy wspaniały świat. Młodzieżowa załoga organizuje nam wieczór z monstrualną langustą podaną przez miejscowych na plaży, wraz z tutejszymi warzywami, owocami i ryżem. Na te wyspy na pewno warto wrócić. O ich renomie świadczy to, że 2 tygodnie temu na Sylwestra kotwiczyło tu 400 jachtów!  Nie do wyobrażenia. W tej chwili jest 40 i nie jest pusto. Teren kotwicowiska jest mocno ograniczony. Tym bardziej warto być tu poza sezonem.

15.01 piątek

Rano nieudane cumowanie na Petit Tabac – za mało piachu, kotwica nie trzyma, a jest silny wiatr. Szkoda. Powetujemy sobie na Grand Cols Ref na Canuanie. Tuż przed Canuanem awaria – wypadła śruba na raksach grota. Zatrzymujemy się na chwilę w zatoce Friendship Bay i prowizorycznie naprawiamy awarię. Okazuje się, że jest niewłaściwa śruba z za krótkim gwintem. Wpływamy na rafę. Żegluga trudna: wąskie przejście pomiędzy lądem a rafą, bardzo silny prąd. Nikogo innego tu nie ma. Woda kryształ, rafa, niestety, trudno dostępna. Dostajemy się na nią pontonem i spływamy z prądem. Widzimy raje i rozgwiazdy. Przepłynięcie w płetwach pod prąd praktycznie niemożliwe, nawet małego dystansu. Ekipa ratunkowa w osobie Jurka zbiera pontonem rozbitków z brzegu i dostarcza na jacht. Z pewną ulgą opuszczamy to miejsce. Tu też nie wrócimy. Nocleg zaplanowany na kotwicowisku Baliceau nie udaje się. Żegluga pod wiatr, długi przelot, zapada zmierzch, nie widać dobrze dna płytkiej zatoki. Wieje silny wiatr, a u „dzieci” awaria silników. Zawracamy do Britania Bay na Mustique, którą mijaliśmy po południu. Cumujemy do boi już w nocy omijając dobrze oznakowaną rafę. Ulga. Andrzej i Krzysiek wybierają się pontonem na brzeg i kupują piwo w dzielnicy czarnych (w czymś w rodzaju getta). Nie czują się tam zbyt bezpiecznie. Piwo wywołuje silny entuzjazm. Całą noc dudni jakiś silnik, chyba agregat zaopatrujący tę wyspę milionerów. Wczesnym rankiem z ulgą odpływamy z Mustique, oszczędzając ponoć 70 dolarów za cumowanie.  Mamy zaplanowany bardzo długi przelot. Jest pochmurno, wieje silny wiatr. Płyniemy bejdewindem, skaczemy po wysokich falach tłukąc niemiłosiernie dnem. Jacht tonie w strugach wody morskiej i deszczowej. Jurek za sterem daje pewności sukcesu. „Dzieci”, które wyszły po nas, refują się – siła wiatru coraz większa – dochodzi do 30 węzłów. Ulgą jest wpłynięcie do kanału między Bequię a St. Vincent. Mniejsza fala, słabszy wiatr. Płynięcie po zawietrznej stronie St. Vincent rekompensuje poprzednie doznania – słaby wiatr (aż za słaby), małe falki. Przy kursie pod wiatr to kłopot, musimy włączać silniki. Znów pali nam się lewy. Ta sama awaria – tym razem szybko zdiagnozowana i częściowo zreperowana przez Jurka. Ale najpierw musimy wybrać na morzu wodę z kadłuba. Oczywiście po pierwszych 100 pompkach rozlatuje się na kawałki pompa zęzowa i rozszczelnia się rura ssąca. Składamy pompę z powrotem, rurę skracamy i jazda do handszpaka. To jednak straszny grat ten nasz katamaran. Po opanowaniu sytuacji usiłujemy znaleźć miejsce do kąpieli, ale nie jest ładnie, czarny wulkaniczny piasek, na dnie butelki i inne śmieci. Wieczorem dochodzimy na St. Lucię i śpimy na boi w Marigot Bay – zatoczka‑fiord podobna do chorwackich, godna polecenia, no i nie trzeba wacht kotwicznych. Powiało Europą. Domki zadbane, w stylu kolonialnym, w pastelowych kolorach, można kupić bagietki, wodę, piwo, sery, wino… jest wreszcie gdzie wyrzucić śmieci.

17.01 niedziela

KaraibyWyruszamy niespiesznie. Mamy już mały dystans do przepłynięcia. Dziś dojdziemy już na Martynikę. Zaplanowaliśmy nocleg w najpiękniejszym nurkowisku (Petit Anse Chaudiere), pływanie, łowienie ryb. Psuje nam szyki pogoda, ale nie całkiem. Realizujemy zamierzenia. Agnieszka nurkuje za mureną jak poławiaczka pereł. Wszyscy zachwyceni. Wieczorem kolacja rybna – jedzenie do oporu. Noc okropna: silny wiatr, kotwica hałasuje, mało kto śpi. „Dzieci” płyną swoim tempem i już tę noc spędzają w Le Marin.

18.01 poniedziałek

Wracamy do Le Marin. Poznana dopiero teraz sympatyczna Polka Małgosia (znajoma bosmana Pawła) organizuje nam zwiedzanie Fort de France i transport na lotnisko. Ponieważ z rejsu wraca się zawsze trochę za wcześnie, aby się nie spóźnić na samolot, trzeba sobie zorganizować ostatni jeden lub dwa dni pobytu na Karaibach. Warto skorzystać z maleńkiego biura turystycznego Małgosi (adres internetowy: www.slonecznamartynika.pl). Małgosia zna również boat boysów na sąsiednich wyspach i jej kontakty mogą sprawić, że na pewno nie przepłacimy ich usług. „Dzieci” tego dnia wynajmują samochody i wybierają się rano na całodniowe zwiedzanie wyspy. Niestety, wypożyczalnie sprzętu są zamknięte w poniedziałki – w przeciwnym wypadku na pewno by polatali na windsurfingu i kite’ach, na wschodnim wybrzeżu Martyniki. Przeżycia turystyczne za to podobno niezwykłe, odległe zakątki Martyniki potrafią robić duże wrażenie. Opowiadają m.in. o niezwykłym fragmencie lasów tropikalnych na północy wyspy, na trasie do Grand Riviere, gdzie czują się jak w parku jurajskim, wyglądając dinozaurów wyskakujących spomiędzy drzew. Wspominają nawet, że widzieli wielką, przystrojoną choinkę i bożonarodzeniową szopkę.

19.01 wtorek

Wsiadamy do samolotu do Paryża, mamy miejsce obok czarnoskórej dziewczyny z ręką i nogą w gipsie. Zamykają drzwi samolotu i kapitan zapowiada, że w związku z sytuacją na Haiti samolot będzie odkażony. I rzeczywiście w przejściach między fotelami przechodzą stewardessy rozpylając w powietrzu środek odkażający. Bożenka nawiązuje po francusku kontakt z naszą sąsiadką i pyta czy uraz wystąpił w czasie jakiegoś sportu urlopowego. Dziewczyna mówi że nie i nie podtrzymuje rozmowy. Przez całą drogę nie ruszyła się z miejsca. Po wylądowaniu w Paryżu, kapitan samolotu prosi o opuszczenie samolotu wszystkich pasażerów, oprócz uchodźców z Haiti, którzy mają czekać na przedstawiciela władz. Wychodzimy. Nasza sąsiadka i około połowa pasażerów zostaje. Dopiero teraz zrozumieliśmy, że lecieliśmy z poszkodowanymi po trzęsieniu ziemi, którym rząd francuski udzielił pomocy.

KaraibyReasumując, pływanie w rejonie na południe od Martyniki nie jest trudne, ale nie jest też tylko sielanką. Przez 2 tygodnie ani razu nie staliśmy przy kei, tylko na kotwicy (bezpłatnie) albo na boi. Ma to swoją dużą zaletę, bo unika się wchodzenia do zatłoczonych marin, co nieraz daje się we znaki na Śródziemnym. Nie ma szans na sanitariaty, trudno zdobyć słodką wodę, nie ma gdzie wyrzucić śmieci. Kotwicowiska po zawietrznej stronie wysp wulkanicznych są względnie spokojne pod względem wiatru i prawie brak prądów, za to jest najczęściej brudna woda (wszyscy mają toalety typu morskiego) i meduzy. Kotwicowiska na wysepkach koralowych mają za to silny wiatr wzmagający się nocą i silny prąd. Prąd w niektórych miejscach bardzo silny, uniemożliwiający podwodne eksploracje. Za to woda cudownie czysta. Kotwica najczęściej trzyma dobrze. Na Śródziemnym w nocy najczęściej przestaje wiać. Na Karaibach od wiatru nie ma ani chwili odpoczynku. No i dobrze, nie spotkaliśmy przynajmniej komarów. Co nas zaskoczyło, to dość częste jak na tę porę roku, przelotne deszcze. W nocy czasem budziliśmy się z powodu deszczu kapiącego na głowy przez otwarte (z powodu gorąca) okienka. Wachty kotwiczne czy „bojowe” warto trzymać. Dwa tygodnie po nas popłynęli znajomi, których wywiało nocą na morze razem z boją… Czasem można z wachty zrezygnować, jeśli uda się podać jedną cumę na ląd, lub dokładnie obnurkuje się boję.

Ludzie mili i sympatyczni, nie są nachalni (bywalcy krajów muzułumańskich wiedzą o czym mówię). Instytucja boat boys jest bardzo pożyteczna. Jest poczucie bezpieczeństwa. Na większych wyspach można wypożyczyć samochód, pójść wieczorem do restauracji czy na spacer. Są to w końcu europejskie terytoria zamorskie. Wszystkie zakupy trzeba zrobić na początku rejsu w Le Marin, ale z Polski zabrać pumpernikiel, który świetnie się trzymał przez 2 tygodnie. Miejscowe pieczywo niejadalne. Firma Kiriakoulis ze zrozumieniem podeszła do problemów technicznych i samorzutnie zwróciła nam wartość 2 dni czarteru zmarnowanych na naprawę. Wielu problemów można uniknąć wybierając nowy jacht z odsalarką. Stary jacht to loteria, bo sezon trwa właściwie okrągły rok i nikt nie ma czasu ani chęci na serwisowanie. Trzeba zabrać sprzęt nawigacyjny, bo dostaniemy wyłącznie papierowe mapy, ołówek i najprostszy GPS. Dla Polaków tradycyjnie sezon na Antylach to nasza zima. Ale może warto wybrać się na wiosnę, bo na pewno taniej i bardziej pusto. Poza tym mieszkańcy Martyniki (nawet Europejczycy) zaczynają chodzić na plażę po Wielkanocy bo wcześniej im zimno.

Niech ta garść informacji pozwoli dobrze zaplanować wymarzony rejs. Powodzenia!

Autorzy: Tomasz Hirnle, Bożena Sobkowicz

Galeria z rejsu: Karaiby 2010

 

 

 

Posty w kategorii

Moja Chorwacja rejs 2010 i 2012

Moja Chorwacja czyli Rejs 2010 i 2012 (cz. 1)

 O Chorwacji i rejsach po Adriatyku napisano już tak wiele, ale mimo wszystko chciałabym... więcej »

zobacz więcej
Śladami Piratów z Karaibów

Śladami Piratów z Karaibów

Nadeszła jesień, po raz kolejny minął sezon żeglarski. Jest to najlepszy czas na marzenia... więcej »

zobacz więcej
Rejs na Karaibach

„Jack Sparrow will sneak you”

Karaiby zawsze były w naszej strefie marzeń. Pierwszy raz ktoś głośno o nich powiedział... więcej »

zobacz więcej

Punt

Stryjeńskich 15A lok 5 (1 piętro)

02-791 Warszawa

tel. +48 22 446 83 80

fax +48 22 894 00 42

 

info(@)punt.pl

MENU
Mamy dla Ciebie prezent!

Zapisz się do naszego NEWSLETTERA
i odbierz darmową kolekcję
przewodników dla żeglarzy.